Pokazywanie postów oznaczonych etykietą błonnik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą błonnik. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 stycznia 2013

Najzdrowszy chleb na świecie




































W czasach, kiedy zamiast naturalnie usychać, przeciętny chleb kupiony w sklepie pleśnieje, ja robię swój własny.

Od początku wiem, z czego powstaje. Składa się - w odróżnieniu od sklepowego badziewia - tylko z 4 składników: mąki, zakwasu, wody i soli, które wzbogacam pestkami słonecznika, dyni i nasionami siemienia lnianego.

Mąkę żytnią kupuję na bazarze od zaprzyjaźnionego handlarza, który przywozi ją prosto z młyna. Tak samo z resztą ziaren.

Prawdziwy chleb żytni razowy to bogactwo błonnika, witamin i składników mineralnych. Dużo waży, ponieważ jest bardzo treściwy, a więc i sycący. Łatwo się kroi, nie kruszy się ani nie rozwarstwia. W środku jest lekko kleisty i w odróżnieniu do chemicznych chlebów ze sklepów jest na tyle sprężysty, że po naciśnięciu, nie zapada się na dobre, ale wraca do dawnej postaci. 

Bardzo ważną rolę w prawdziwym chlebie pełni jego skórka. To naturalne zgromadzenie przeciwutleniaczy oraz błonnika. W przeciwieństwie do chlebów-gniotów jest twarda i naturalnie popękana. 

Naturalny chleb z pełnego ziarna to także prawdziwy pogromca cholesterolu. Błonnik zawarty w jego pełnoziarnistej mące "wymiata" z naczyń krwionośnych złogi cholesterolowe i zapobiega ich dalszemu gromadzeniu.

A czy mój domowy razowiec tuczy? - zapytają co poniektórzy.
Każdy jedzony w nadmiarze tuczy, jednak wszystko zależy od typu chleba. Najmniej kalorii mają chleby z pełnych ziaren. Są natomiast bardzo sycące, wiec niewielka ich ilość zaspokaja naprawdę wilczy apetyt.


Prosty domowy razowiec


Przepis na mój domowy prawdziwy chleb zaczerpnęłąm z nieistniejącego już programu "Rewolucja na talerzu". Wcześniej zawsze zdawało mi się, że domowy wyrób chleba jest skomlikowany. Jak się szybko okazało, to nieprawda i każdemu polecam spróbowanie, by zmienić zdanie. Dziś wręcz przestałam kupować gotowy chleb i zadowalam się tylko tym, co sama upiekę.




































(na 2 bochenki)
4-dniowy zakwas opisany w poprzednim poście
1000 g pełnoziarnistej mąki żytniej
650 ml przegotowanej ciepłej wody
3 łyżeczki soli
100 g pestek słonecznika
100 g pestek dyni
100 g nasion siemienia lnianego

Chleb najlepiej zacząć wieczorem, a skończyć następnego dnia. Do dużej miski przełożyć zakwas. Wsypać do niego 500 g mąki. Zalać 500 ml przegotowanej ciepłej wody. Wymieszać tak, by składniki się połączyły. Nakryć miskę ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce na noc. Następnego dnia rozpuścić sól w 150 ml ciepłej przegotowanej wody. Roztwór dodać do ciasta. Wsypać 500 g mąki oraz nasiona słonecznika, dyni i siemienia. Wszystko wymieszać ręcznie lub za pomocą robota do uzyskania jednolitej masy. Dwie formy - tzw. keksówki wyłożyć papierem do pieczenia. Ciasto podzielić na dwie równe części i uformować z nich podłużne bochenki. Umieścić je w foremkach. Zagotować niewielką ilość wody, a w międzyczasie ponacinać na skos wierzch chlebów, co zapobiegnie ich pękaniu w trakcie pieczenia. Po nacięciu za pomocą pędzla wysmarować chleby gorącą wodą. Przykryć ściereczką i odstawić na 2 godziny w ciepłe miejsce do wyrośnięcia.




































Rozgrzać piekarnik do maksymalnej temperatury i odczekać 15 minut. Jeszcze raz nasmarować bochenki gorącą wodą, po czym wstawić je do piekarnika zmienjszając temeraturę do 200 stopni i nastawiając zegar na 55 minut. Chleb będzie upieczony, gdy postukany od spodu wyda głuchy odgłos. Gorące bochenki ustawić na kratce do wstygnięcia.




































Przed dodaniem roztworu soli, mąki i ziaren z masy można odłożyć do pojemnika 2 łyżki zakwasu na następny raz. Zakwas należy przykryć, ale nie szczelnie i umieścić w lodówce, gdzie może postać nawet 10 dni. Następnym razem zakwas dokarmia się dodatkowo dwa dni, czyli w sumie dojrzewa przez 3 dni, a nie 4 - jak w przypadku zakwasy nowo robionego.













wtorek, 15 stycznia 2013

Eatvestigation: O chlebie.




































Statystyczny Polak zjada ok. 60 kg chleba rocznie. Chleb jest mocno osadzony w naszej tradycji żywieniowej i nie byłoby w tym nic złego, gdyby dzisiejszy był produkowany tak, jak dawniej. Jednak rzeczywistośc kompletnie temu przeczy:

- 80% chleba oferowanego przez sklepy to fuszery udające prawdziwe pieczywo. Chleb taki wyrabia się z najgorszej jakości mąki. Pisząc to mam na myśli mąkę pszenną, która to w procesie produkcji zostaje pozbawiona wszelkich zdrowych wartości i elementów odżywczych. Jest czołowym przedstawicielem złych węglowodanów i - jak zwykły cukier - należy do zacnego grona białych, cichych zabójców. A białe pieczywo nie dostarcza niczego poza kaloriami.

-  Te 80% chleba wcale nie składa się z samych mąki, drożdży, wody i soli. Wystarczy przeczytać skład takiego chleba (jak sie okazuje - bazując na przyzwoleniu Unii Europejskiej - niewszystkie piekarnie ujawniają skład swojego pieczywa), by dowiedzieć się, że nafaszerowane zostało polepszaczami smaku, spulchniaczami, proszkiem do pieczenia, barwnikami, syntetycznymi dodatkami a nawet konserwantami.

-  W Polsce jest chyba zbyt dużo piekarni. Efektem tego jest źle rozumiana konkurencyjność - w walce o klienta obniża się ceny chleba kosztem jakości, co skutkuje oszukanymi razowcami, zakalcowymi gnieciuchami lub niedającą się pokroić watą.

- Producenci wiedząc, że Polak głupi nie jest i ma świadomość, że ciemne pieczywo jest zdrowsze, więc sztucznie barwią chleby dodając do nich różnych świństw. Brązowy kolor białej mąki pszennej piekarnie uzyskują poprzez dodawanie do chleba karmelu bądź słodu. Żeby to choć był naturalny karmel! To tylko chemiczny amoniakalny barwnik służący do oszukania konsumenta, który może być przyczyną wielu problemów zdrowotnych łącznie z białaczką.

- Chleby z mąki pszennej mają w sobie gluten - substancję, która zatrzymuje w cieście gazy, dzięki czemu jasne chleby sa okazałe, co jednak oznacza, że są nadmuchane i nietreściwe.

- A chleby w folii? Jak można naturalny chleb zapakować do folii? Żeby chleb zapakować do folii, trzeba go nafaszerować niezłym ładunkiem chemii.

Żeby podnieść wolory swoich ohydnych chlebów, piekarnie bardzo często,  wylepiają ich skórki ziarnami zbórz, pestkami słonecznika czy dyni lub otrębami. To tylko ściema. Po przekrojeniu taki chleb wciąż ma niewiele wspólnego ze zdrowiem.

Chcesz upiec zdrowy chleb - zacznij od zakwasu


Po zmieleniu pełnego ziarna żyta powstaje najlepsza mąka pełnoziarnista typ 3000, co oznacza, że zawiera w sobie 3% cennych składników mineralnych. Prawie tak samo dobra jest mąka żytnia razowa typ 2000 o 2% tych składników. Dla porównania mąka pszenna to zazwyczaj typ 450 czy 480. Żeby otrzymać pełnoziarnistą mąkę żytną, w prawdziwych kamiennych żarnach mieli się żyto wraz z łupinami i zarodkami (w nich zawarte samo zdrowie). Niestety tego wszystkiego pozbawiona jest zwyczajna mąka pszenna - podczas jej produkcji zarodki i otręby się odsiewa.

Nie polecam kupowania mąki żytniej w dużych sklepach - tam narażona jest na tygodnie jak nie miesiące leżenia, tymczasem mąki żytniej nie powinno się długo przechowywać. W efekcie przygotowywany z niej zakwas może spleśnieć. Ja kupuję mąkę na wagę na Bazarze Banacha w Warszawie. Jest tam buda, w której starszy pan handluje wszelkimi ziarnami. Mąkę ma natomiast bezpośrednio z młyna.




































(na 2 bochenki)
200 g mąki żytniej typ 3000 (ewentualnie typ 2000)
200 ml przegotowanej ciepłej wody

Zakwas najlepiej przygotowywać na wieczór przez kolejne 4 dni. Naszykować naczynie. Wsypać do niego 50 g mąki. Zalać 50 ml ciepłej przegotowanej wody. Wymieszać do połączenia składników. Przykryć naczynie ściereczką lub w nieszczelny sposób wieczkiem i odstawić w ciepłe miejsce. Przez kolejne 3 dni czynność powtarzać za każdym razem dodając po 50 g maki i 50 ml wody.

Po 4 dniach zakwas będzie gotowy, a z naczynia będzie się ulatniał ostry drożdżowy zapach.

Zakwas na chleb to samo zdrowie. Jest pełny dobroczynnych bakterii mlekowych. Wymieszany z wodą i solą sprawi, że ciasto naturalnie wyrośnie.

wtorek, 18 grudnia 2012

Eatvestigation: W poszukiwaniu witamin zimą. Brukselka.

W wieku przedszkolnym zakwalifikowałam brukselkę do tej samej kategorii, co szpinak i później było mi bardzo trudno  zmienić o niej zdanie czy wręcz skusić się do ponownego skosztowania. Zdrowy rozsądek podpowiadał, że czasy jej ohydy minęły i że na pewno ta dzisiejsza smakuje lepiej, bo jest przyprawiona i w ogóle, to wciąż gdzieś z tyłu głowy odzywał się wstręt sprzed lat. Jak  dziś będzie smakowała brukselka zależy tylko ode mnie. Mam dwa pomysły, jak do brukselki przekonać tych nieprzekonanych - wymieniając jej zdrowotne zalety i licząc, że wspomniany zdrowy rozsądek weźmie górę lub poprzez konkretne przepisy na dowód tego, co wcześniej napisałam, że jak brukselkę przygotujemy, tak będzie smakować licząc, że przez żołądek brukselka znajdzie choć kąt w niechętnych jej sercach. 

Zaczynam od głosu rozsądku.

11 powodów, które przemawiają za jedzeniem brukselki

1. Obniżanie cholesterolu
Wysoka zawartość błonnika (ponad 15% ZDS) obniża poziom cholesterolu we krwi poprzez stymulowanie wątroby do wytwarzania większej ilości żółci do strawienia większej ilości tłuszczów.

2. Ochrona DNA
Ostatnie badania dowiodły, że składniki zawarte w brukselce blokują aktywność pewnych enzymów, które z zasady uszkadzają ludzkie DNA oraz system immunologiczny.

3. Bogactwo przeciwutleniaczy
W brukselce można znaleźć ich całą masę zaczynając od witaminy C poprzez witaminę E, A aż po mangan. Do tego flawonoidy - organiczne związki chemiczne występujące w roślinach, przeciwutleniacze - które są pionierami w niszczeniu wolnych rodników.

4. Zwalczanie stanów zapalnych
Brukselka jest bogata w glukozynolany. Nieważne czym są, ważne, co robią. Otóż badania naukowe dowodzą, iż częste spożywanie tych związków organicznych występujących w niektórych roślinach mogą skutecznie zapobiegać lub zwalczać stany zapalne w organizmie.

5. Zapobieganie rakowi
Te same glukozynolany (chcąc nie chcąc nazwę tę sobie utrwalam) mają takie właściwości detoksykacyjne, które zapobiegają niektórym nowotworom, np. nerek, piersi, jelita grubego, płuc, prostaty czy jajników.

6. Wspomaganie układu sercowo-naczyniowego
Z utrwalonych w mojej pamięci glukozynolanów powstaje bardzo silny związek, który zapobiega degradacji i naprawia zniszczone naczynia krwionośne. W efekcie obniża ryzyko zawałów, a poprzez wspomniany niższy cholesterol istnieje mniejsze prawdopodobieństwo zatkania żył.

7. Wspomaganie trawienia
Porcja brukselki zawiera 16% błonnika, który pomaga w trawieniu, zapobiega zaparciom i utrzymuje niski poziom cukrów we krwi. Do tego brukselka zawiera kolejny cudowny składnik, który wzmacniając ścianki żołądka zapobiega rozwojowi bakterii Helicobacter - przyczyny wrzodów i raka żołądka.

8. Bogactwo witaminy K
Brukselka ma szczególnie dużo tej witaminy. Odpowiada ona za zdrowe kości, zapobiega zwapnianiu tkanek i odpowiada za prawidłową pracę mózgu oraz nerwów.

9. Bogactwo witaminy C
Witamina C zawarta w porcji brukselki (161% ZDS) zapewnia zdrowie układu immunologicznego, chroni przed nadciśnieniem, zaćmą, udarem, rakiem i ogólnym starzeniem się organizmu.

10. Bogactwo witaminy A
W porcji brukselki to ponad 20% ZDS. Wzmacnia układ odpornościowy, kostny, chroni oczy, zapobiega tworzeniu się kamieni nerkowych.

11. Bogactwo witaminy B
A tu foliany, czyli kwas foliowy i s-ka w ilości 25% ZDS. Wpływają dodatnio na system nerwowy i mózg, zapobiegają uszkodzeniom tzw. cewy nerwowej płodów, biorą udział w zachowaniu materiału genetycznego oraz wspomagają prawidłowe działanie wątroby, jelit i żołądka.


Ok. Tyle wykładu, a teraz coś na ząb - czyli drugi sposób, jak przekonać nieprzekonanych do brukselki.

Farfalle z brukselką, cebulą i serem asiago


To szybkie i proste danie łączące rożne składniki pokarmowe. Jest sycące, ale nie ciężkie. Brukselka znakomicie łączy się z odrobiną masła, więc z niego nie rezygnujmy. Wystarczy dosłownie łyżeczka, żeby z warzywa wydobyć pełnię smaku i pozbawić goryczy. To taki sam nierozłączny duet, jak grzyby i masło. Kolejną harmonię smaku i aromatu tworzy para brukselka - ocet winny, która nadaje potrawom świeżości. Naprawdę warto próbować, żeby się przekonać, że można uzyskać cudowny, niezapomniany smak.



(na 2 porcje)
4-5 szalotek
1 łyżka oliwy extra vergine
200 g makaronu farfalle
1/2 łyżki dobrego masła
300 g pokrojonej na cienkie plasterki brukselki
1/2 łyżki octu winnego białego
kubeczek gęstego jogurtu naturalnego
25 g startego sera asiago
sól morska i świeżo zmielony pieprz

Szalotkę pokroić w kostkę. Rozgrzać na patelni oliwę. Wrzucić szalotkę i przyrumienić. Przyprawić szczyptą soli i pieprzu. Gotową szalotkę odstawić do wystygnięcia. 

Zagotować garnek wody. Osolić. Wrzucić makaron i gotować al dente według przepisu na opakowaniu. Gotowy makaron odcedzić pozostawiając ok. 150 ml wody z gotowania. 

Podczas gotowania makaronu w rondlu rozpuszczać masło aż zacznie brązowieć. Wrzucić brukselkę i przyprawić ją solą. Porządnie wymieszać, żeby brukselka pokryła się odrobiną masła. Gotować do miękkości podlewając od czasu do czasu zachowaną wodą po makaronie. Gdy brukselka stanie się miękka  dodać szalotkę oraz jogurt. Doprawić do smaku solą i pieprzem. 

Do rondla z brukselką dodać makaron i wymieszać wszystko tak, by składniki się połączyły. Danie przełożyć od razu na talerze i posypać serem asiago.

























Do potrawy celowo zaproponowałam ser asiago. To ser tak samo nadający się do tarcia i posypywania potraw, jak parmezan, grana czy pecorino, ale znacznie chudszy, co ma swoje uzasadnienie przy użyciu masła. 

Brukselka z boczkiem


To bardzo fajny dodatek do głównych dań albo lunchowa przekąska. Nie oszukujmy się, podzielenie brukselki na listki zajmie chwilę, ale zapewnia, że warto. 

























(na 2 porcje)
1 łyżka octu winnego z białego wina
1/2 łyżeczki musztardy ziarnistej
1 posiekany ząbek czosnku
3 łyżki oliwy extra vergine
400 g brukselki
kawałeczek dobrego masła
100 ml wody
100 g pokrojonego w paseczki chudego boczku
sól morska i świeżo zmielony pieprz

Ocet winny, musztardę oraz czosnek połączyć ze sobą za pomocą trzepaczki. Dodawać pomału oliwę - cały czas mieszając. Gdy składniki dobrze się połączą, doprawić solą i pieprzem.

Boczek przysmażyć na chrupko na patelni. Nie dodawać żadnego tłuszczu, ale cierpliwie poczekać, aż się wytopi. Gotowy boczek przełożyć z patelni na ręcznik papierowy, by wchłonął nadmiar tłuszczu.

Za pomocą małego noża brukselkę porozdzielać na poszczególne listki. Te wierzchnie lub z plamkami wyrzucić. W rondlu roztopić odrobinę masła. Wrzucić listki brukselki, wymieszać je z masłem i zalać wodą. Zwiększyć ogień, przykryć i poczekać, aż brukselka się zagotuje. Zmniejszyć ogień i gotować listki 5-7 minut. Jeśli trzeba, dodać więcej wody. Brukselka powinna nabrać soczyście zielonego koloru i być delikatnie chrupiąca - nie rozgotowana. Gotowe listki odcedzić i przełożyć do miski.

Brukselkę posypać paseczkami chrupiącego boczku i polać przygotowanym wcześniej dressingiem. Delikatnie wymieszać, by każdy liść pokrył się sosem. Doprawić solą i pieprzem i od razu jeść.
























 Danie - w zależności od preferencji - jest pyszne zarówno na ciepło jak i na zimno. Zachęcam do eksperymentowania.

czwartek, 13 grudnia 2012

Z cyklu: myślisz, że wiesz wszystko o składnikach pokarmowych. Część 4

 


Od ogółu do szczegółu. Było już o podstawowych składnikach pokarmowych, więc czas na zgłębienie tematu - witaminy i minerały. Hasło znane, ale czy na pewno? 

Co to są te witaminy i minerały?
To takie substancje, które są potrzebne organizmowi w niewielkich ilościach, by umożliwić jego prawidłową pracę i chronić przed różnymi chorobami. Witaminy i minerały występują w przyrodzie w postaci naturalnej - w naturalnych pokarmach lub są  - co dotyczy witamin - związkami syntetycznymi, czyli wszelkimi tabletkowymi, proszkowymi itp. suplementami.

Witaminy
- wspomagają system odpornościowy organizmu
- usprawniają pracę mózgu
- biorą udział w prawidłowej przemianie jedzenia na energię

Minerały
- odpowiadają za funkcje strukturalne w organizmie
- wpływają na funkcje regulujące 
- wzmacniają kości, mięśnie i krew
- zapewniają poprawną gospodarkę płynami w organizmie

























Ile witamin i minerałów potrzebujemy?
Żeby zapewnić prawidłową pracę organizmu potrzebujemy dwunastu kluczowych witamin i minerałów w zobrazowanych ilościach, które zaraz podam. Trzeba jednak pamiętać, że nasze zapotrzebowanie może się wahać w zależności od ogólnej kondycji oraz od aktywności fizycznej. Nie sprostanie podstawowemu zapotrzebowaniu wcześniej czy później przejawi się brakiem energii i zwiększoną podatnością na infekcje czy choroby.

Co to jest ZDS lub RDA?
To z polskiego "Zalecane Dzienne Spożycie" lub z angielskiego "Recommended Daily Amount". ZDS można znaleźć np. na etykietach multiwitamin. Określa przybliżone dzienne zapotrzebowanie na dane witaminy czy minerały. Ilości są tak określone, by zapobiec oznakom niedoborów i zapewnić minimalny nadmiar do zmagazynowania w organizmie - zapas na gorsze czasy.

Kto jest zagrożony niedoborem witamin i minerałów?
W zasadzie każdy. Naukowe statystyki dowodzą, iż ludzie  w większości nie przyjmują wymaganej przez ich organizmy dawki witamin i minerałów. W szczególności dotyczy to tych, co:
- są na dietach lub jedzą dziennie mniej niż 1500 kcal
- jedzą mocno przetworzone jedzeniu lub fast-foody
- nie jedzą regularnie, a głód zaspokajają wysokokalorycznymi przekąskami
- nie jedzą zalecanych 5 porcji owoców i warzyw dziennie
- mają różne nietolerancje lub alergie pokarmowe 
- są weganami i brakuje im "witamin pochodzenia zwierzęcego"
- są w ciąży

Tyle się mówi o witaminach i minerałach, że są potrzebne, że trzeba jeść dużo owoców i warzyw, by je dostarczać, ale to slogany. Można polecieć do apteki i kupić sobie wielkie opakowanie multiwitamin po promocyjnej cenie, które będzie od nas wymagało nic więcej niż systematycznego zażywania i cieszyć się dostarczaniem ZDS, ale czy o to chodzi? Może poszukać w przyrodzie naturalnych odpowiedników syntetycznych? Potrzebna tylko świadomość, gdzie one występują i jaką rolę pełnią. Poniżej ściąga :)





























































































Jak zachować witaminy w jedzeniu?
- kupować produkty wytwarzane lokalnie

- owoce i warzywa wybierać ładne, bez plam, śladów zniszczeń czy pęknięć

- owoce i warzywa kroić tuż przed podaniem czy gotowaniem, ponieważ pokrojone wcześniej tracą swoje wartości zdrowotne

- kiedy to tylko możliwe owoce i warzywa jeść ze skórką - wiele witamin i minerałów zawarta jest zaraz pod nią

- jeśli zimą pewne owoce czy warzywa nie są dostępne, używać mrożonek, ponieważ mrożenie nie pozbawia ich wartości

- warzywa i owoce kroić raczej na duże kawałki, nie na małe cząstki, gdyż straty witamin i minerałów zależą od pociętej powierzchni

- gotować warzywa w minimalnej ilości wody

- warzywa przeznaczone do gotowania wrzucać na wrzącą wodę i gotować krótko, by zachować ich kruchość 

- wodę po ugotowanych warzywach używać np. do przygotowywania warzywnych wywarów, zup lub sosów

- unikać ponownego podgrzewania resztek warzyw - stracą jeszcze więcej cennych elementów























wtorek, 4 grudnia 2012

Kaloryczny powrót

Dziś spojrzałam na datę mojego ostatniego wpisu. To było półtora miesiąca temu... Ale dużo rzeczy wydarzyło się przez ten czas w moim życiu: prze z miesiąc musiałam leżeć w łóżku, a kolejne tygodnie próbowałam nieudolnie nadrobić zaległości w pracy zawodowej. W międzyczasie pogoda wraz z ludzkimi nastrojami uległy znacznemu pogorszeniu i wszyscy zdajemy się oczekiwać tego nieuchronnego - słot, pluchy, zimna... Dlatego mam tu coś na poprawienie humoru. Oczywiście mam na myśli przede wszystkim kolor. Słoneczny, taki wciąż letni... żółty.

... Bo dziś o kukurydzy mowa. W rzeczywistości jest zbożem, którego mięsiste ziarna zjada się po ugotowaniu jak warzywo. Przez długi czas kukurydzę uważano za jedną z najważniejszych upraw świata i do dziś stanowi podstawę wielu kuchni. Niestety w europejskiej części świata nie cieszy się aż tak dużą popularnością jak w Amerykach czy Afryce. A szkoda, ponieważ jest niespotykanie zdrowa.

Pośród udowodnionych właściwości kukurydzy mogę śmiało wymienić wkład w obniżanie poziomu cukrów, zapobieganie chorobom serca, obniżanie nadciśnienia, korzystne wpływanie na rozwój płodów. Niewielka ilość kukurydzy jest w stanie zapewnić odpowiednią ilość kalorii dla zapewnienia dobrego poziomu metabolizmu. Jest bogata w witaminy A (wzrok, skóra), B (krwiotwórcza + układ nerwowy) i E (wzrost) oraz minerały - fosfor, magnez, mangan, cynk, miedź, potas oraz kwas foliowy. Duża zawartość błonnika sprawia, że kukurydza zapobiega dolegliwościom związanym z układem pokarmowym (zapobiega zaparciom, hemoroidom, rakowi jelita grubego), długo się trawi, więc do tego zapewnia poczucie sytości. Kukurydza zawiera w sobie przynajmniej 10 przeciwutleniaczy, które zapobiegają nowotworom oraz chorobie Alzheimera. Jest ciekawym pokarmem - gotowana podnosi wartość swojego indeksu glikemicznego ale też wzmacnia działanie zawartych w niech przeciwutleniaczy. Dzięki wysokiej zawartości pewnego kwasu (pantotenowego) wpływa na prawidłowe metabolizowanie węglowodanów, tłuszczów i białek. Sama jest produktem niskotłuszczowym składającym się z węglowodanów złożonych, więc zasługuje na stałą pozycję w zdrowej diecie.

Dodam jeszcze, że przyrządzony w domu popcorn jest chyba najzdrowszą przekąską pośród wszystkich ogólnodostępnych "świństw" zwłaszcza taki, którego ziarna nie są GMO i który zostanie uprażony na minimalnej ilości oleju roślinnego. Zapomnijcie natomiast o wszelkich formach gotowych lub pół-gotowych popcornów. O tym nawet nie myślimy!

Jesienny zastrzyk energetyczny

Sałatka ta przeżywała u mnie w kuchni chwile świetności późnym latem. Wtedy królowała w wersji cold. Jednak późną jesienią dodatkowo zenergetyzuje podana na ciepło, a choć liczne, ale zdrowe kalorie w niej zgromadzone pozwolą na rozgrzanie naszych  coraz częściej marznących ciał. Na targu kupiłam ostatnie sztuki kukurydzy i miałam obawy o jej jakość, ale się udało :)


























(na 2 porcje)
2 kolby kukurydzy
1 szalotka
sok z 1/2 cytryny
1 łyżeczka brązowego cukru
1 łyżka oleju extra vergine
1 garść prażonych pestek dyni
1 garść prażonych pestek słonecznika
szczypta oregano
sól morska 

Kolby należy obrać z zielonych liści i jedwabistych wąsów. Wąsy wyrastające spomiędzy ziaren można usunąć pod bieżącą wodą za pomocą szczoteczki.

Na rozgrzaną patelnię wrzucić pestki dyni i słonecznika. Delikatnie podrzucając rumienić je, aż zaczną zmieniać kolor i będzie czuć ich aromat. Odstawić do wystygnięcia.

Obraną kukurydzę wrzucić na gotującą się wodę. Gotować 5 minut. W tym czasie pokroić w drobną kostkę szalotkę i wrzucić ją do naczynia. Wyłowić kolby. Przestudzić chwilę. Trzymając przez ścierkę (może być jeszcze gorąca) za pozostałość łodygi ostrym nożem odciąć z góry na dół ziarna. Ziarna wymieszać z szalotką i odstawić, by nabierały jej aromatu.

Przygotować dressing: wymieszać sok z cytryny, sól i cukier w miseczce lub małym słoiku. Dodać oliwę i mieszać energicznie, aż składniki połączą się w jedną masę. Spróbować i ewentualnie doprawić dodatkową ilością soku z cytryny, solą lub brązowym cukrem. Dressing powinien być bardziej słodki niż cierpki.

Tuż przed podaniem do naczynia z kukurydzą i szalotką dodać pestki dyni i słonecznika. Wlać dressing i wymieszać tak, by pokrył równomiernie składniki. W palcach rozgnieść oregano, posypać sałatkę i wymieszać raz jeszcze.

A jak kupić dobrą kukurydzę?               

To już raczej wskazówka na przyszły sezon... 
Należy wybierać kolby pokryte zielonymi łuskami, bez suchych ani brązowych plam. Wąsy powinny być delikatnie wilgotne w dotyku o bladożółtym odcieniu. Ziarna kolby powinny być duże ułożone w równe rzędy. Powinny ściśle do siebie przylegać i nie mieć śladów odgnieceń. Kukurydzę najlepiej przechowywać w lodówce nieobraną z liści w plastikowej niezamkniętej szczelnie torebce do kilku dni.

poniedziałek, 15 października 2012

Eatvestigation: Super-warzywo. Sałata.

Chyba już nie przelewki. Jesień przyszła na dobre. Powoli kończą się letnie plony. Dlatego chcę wykorzystać ginące jesienią gatunki, aby pozostawiły mi w pamięci miłe wspomnienia, uzupełniły witaminowe niedobory i ochroniły przed przeziębieniami.

O kolejnym super-warzywie, sałacie, niewiele pisałam, a to naprawdę ostatni moment na rodzimą produkcję w postaci gruntowej sałaty masłowej, by wykorzystać jej cenne witaminy C i E oraz składniki mineralne - wapń, magnez, żelazo, potas, kwas foliowy, błonnik. Oczywiście zieleń sałaty masłowej to nie tylko kolor, ale i działanie przeciwutleniające, a więc hamujące rozwój wolnych rodników w organizmie.







Dlaczego piszę, że to ostatni dzwonek na sałatę? Później też będzie można dostać niejedną odmianę, ale taka polska gruntowa jest jednak najzdrowsza. Zimą pozostaną do do dyspozycji sałaty zagraniczne o znacznie pogorszonej zawartości witamin i składników mineralnych. Nie chodzi w tym wszystkim o to, by ich nie jeść. Ja nie wyobrażam sobie obiadu bez sałaty! W końcu błonnik pozostanie... Chodzi o ty, by mieć świadomość, że importowane sałaty niosą za sobą pewne ryzyko. Te, które pakowane są w foliowe torby - jak np. lodowa - mogą okazać się nadpleśniałe, a pleśń jest silnie rakotwórcza; sałaty w plastikowych opakowaniach,  sprowadzane z Włoch czy Hiszpanii roszponki, dębowe itp. uważane za najmniej trwałe gatunki, które już po kilku godzinach od zerwania tracą swoje zdrowe właściwości, przyjadą do polskich sklepów prawie całkiem jałowe. 

Zatem marsz na targ po sałatę! A jak wybrać tę najzdrowszą? Ja podczas wybierania sałaty kieruję się przede wszystkim stanem jej korzonka. Powinien być twardy i jasny. Ciemny, miękki świadczy o tym, że sałata nie jest najświeższa, a raczej po przejściach. Nie będę wspominać, że zwiędnięta czy poszarpana jest w przedbiegach dyskwalifikowana. Jeśli mam do wyboru sałatę z plamkami lub bez, wybieram bez, bo plamki mogą świadczyć o nadmiernej ilości azotanów, czyli nawozów sztucznych. Niestety sałaty chłoną azotany na potęgę. Dlatego nauczyłam się je porządnie myć, bo bieżąca woda jest w stanie większość chemii z sałaty zmyć. No i oczywiście ważną sprawą jest jędrność czy jak kto woli kruchość w przypadku sałaty masłowej.


Ostatnie podrygi intensywnie zielonej sałaty masłowej

  
(2 porcje)
1 główka gruntowej sałaty masłowej
2 łyżki oliwy extra vergine
1 łyżka octu winnego z czerwonego wina
1 łyżeczka musztardy dijońskiej
sól morska
świeżo zmielony czarny pieprz
0,5 łyżki posiekanego drobno szczypiorku
0,5 łyżki posiekanego świeżego estragonu
0,5 łyżki posiekanej świeżej natki pietruszki


Sałatę rozdzielić na liście. Wykroić przed myciem korzonek jak w kapuście, gdyż w nim jest kumulacja chemii z nawozów. Pojedyncze liście umyć pod bieżącą wodą i osuszyć je na ręczniku papierowym lub w wirówce. Przygotować duża miskę, w której będzie podawana sałata. Używając trzepaczki wymieszać w niej energicznie oliwę, ocet winny, musztardę sól i pieprz. Gdy składniki dobrze się połączą, dodać szczypiorek, estragon, pietruszkę. Do miski z dresingiem wrzucić porwane liście sałaty. Delikatne je wymieszać z sosem.  Natychmiast jeść, by poczuć, jak zdrowie spływa na nasz organizm :)



















Zalecałabym zjedzenie całej sałaty od razu, żeby nie zostawiać reszty w lodówce. Jeśli jednak zaistnieje taka konieczność, sałatę przechowywać w lodówce w foliowej torbie. Ja dodatkowo pryskam sałatę wodą, by nie oklapła, a torbę, której ją przechowuję, pozostawiam trochę rozchyloną. Gdyby szczelnie torbę zamknąć, zaczną w niej zachodzić różne procesy chemiczne. Rozpocznie się gnicie, a jego pierwszą oznaką będzie zapach  starej szmaty. Do tego azotany zawarte w salacie zaczną przekształcać się w azotyny, a te są poważnie rakotwórczymi związkami.